Genealogia Inaczej

Z pewnością każdy genealog, chociaż raz zadał sobie pytanie, jak zaprezentować zgromadzony materiał? Jaką wybrać formę? Wszystko oczywiście zależy od tego, do kogo adresujemy przekaz? Jeśli ma to być opracowanie naukowe, to będzie ujęte w ścisłe ramy pracy monograficznej o rodzinie, naszpikowane odsyłaczami, przypisami i bibliografią.

Można zaprezentować genealogię wcinaną, wzbogaconą wywodami lub drzewami, dołączając do tego notki biograficzne o członkach rodziny.Zazwyczaj dodajemy też rys historyczny terenu lub miejscowości i inne uzupełnienia wedle fantazji i potrzeb. Całość ozdabiamy ikonografią: zdjęciami osób, miejsc, dokumentów oraz mapami.

Zawsze się zastanawiałem, jak zareagują na takie opracowanie osoby starsze, które niekoniecznie muszą mieć przygotowanie genealogiczne i historyczne? Czy będą podobnie do nas, czytały to z wypiekami na twarzy? Czy z grzeczności tylko powiedzą, że im się bardzo podoba?

Oczywiście opracowanie typu naukowego jest podstawą, do prezentacji stanu naszych badań.

Ale czy aby jest wystarczające? Czy suche relacje przemówią do naszych potomków, którzy być może za kilkadziesiąt lat wezmą do ręki nasze opracowania? Będą one miały bez wątpienia wartość dokumentacyjną i poznawczą, ale chodzi też o ładunek emocjonalny.

Znalazłem tego typu opracowanie, które osobiście uznałem za spełniające to moje oczekiwanie. Uprosiłem autorkę o możliwość opublikowania tego opowiadania na stronach towarzystwa genealogicznego.

Dlaczego akurat fabularyzowane opowiadanie uważam za świetny przykład opracowania genealogicznego? To przecież rodzaj geneo-fiction. Zgoda, ale oceńcie to sami.

Autorką jest nasza koleżanka „Margola" czyli Małgorzata Blewąska-Żywicka.

Akcja rozpoczyna się w 1828 roku na jednej ze wsi wielkopolskich. Towarzyszymy rodzinie chłopskiej w ich codziennym życiu, pracy, radościach i smutkach przez wiek XIX. To jednocześnie świetny przykład na to, że aby stworzyć emocjonującą historię rodzinną, wcale nie musimy sięgać badaniami setek lat.

Margola w swoich poszukiwaniach oparła się jak my wszyscy na księgach stanu cywilnego i księgach parafialnych, uzyskując obraz rodziny w formie nazwisk i dat. Ale jej dociekliwa natura sprawiła, że nie poprzestała na tym. Nie wystarczyło jej połączyć owe nazwiska i daty w drzewo genealogiczne. Zaczęła zastanawiać się, jak też żyli jej przodkowie? Co jedli, jak się bawili, jak ubierali, jak rozmawiali i o czym? Analizując suche zapisy metrykalne, zaczynała widzieć w nich nie tylko zdarzenia historyczne z naszego punktu widzenia, ale także to, że w tamtym czasie stanowiły one przełomowe momenty losach rodziny. To one powodowały, że w domach gościła radość lub łzy. Jak na to reagowali współcześni? Czy inaczej niż my dzisiaj?

Dzięki doskonałej znajomości tła historycznego, historii miejscowości w których żyli jej przodkowie, dzięki pogłębionym studiom nad obyczajami chłopskimi i folklorem, a nade wszystko dzięki wrażliwości i talentowi literackiemu, zdołała autorka przyoblec suche zapisy metrykalne, we wspaniałe opowiadanie rodzinne, pełne ciepła i liryki, scenek rodzajowych, folkloru i odgłosów wydarzeń historycznych. Wszystkie postaci i miejsca są autentyczne, tak jak i autentyczne są główne zdarzenia. Reszta, to wyobraźnia autorki, ale jakże wspaniała. Czyta się to jednym tchem. Gorąco polecam.

 

Waldemar Fronczak

Tekst umieszczony za zgodą autora


 

SAGA RODU BLEWĄZKÓW

 

- Chłopak! – usłyszała Blewązkowa. Właśnie przed chwilą resztkami sił urodziła to małe dziecię.. Teraz zmęczonym wzrokiem spoglądała na podawane jej zawiniątko. Drobna twarzyczka krzywiła się w proteście na  pozbawienie jej przytulnego ciepła dotychczasowego świata.

- Zdrowego chłopaka macie Blewązkowa. Tu wam kolebusię  przysunę, coby blisko była.  Zaraz  też wam pomogę się oporządzić, bośta całkiem z sił opadła. Nie trza płakać… No… - To mówiąc tęga kobieta przysiadła na brzegu łóżka i  przytuliła do obfitego biustu wymęczoną położnicę .

- Cichaj maleńka, cichaj… Da Bóg zapomnisz o bólu ino radość pamiętać będziesz. Ciężko było, ale zobacz zdrowy chłopaczek tu na ciebie czeka.  Warto było się dwa dni męczyć. Popatrz, całkiem twoje oczka będzie miał. A  jak się rezolutnie patrzy. Smyk mały, pewno jeszcze mało co widzi, a miny mądre robi. – I tak prawiąc pocieszające słowa siedziała babka przy Blewązkowej, aż ta zasnęła. Oj, nie bardzo chciało to maleństwo na świat przychodzić, nie bardzo, mimo że już mu pora była.  Dzięki Bogu wszystko dobrze się skończyło.

I tak to  około roku 1828 urodził się  Andrzej Blewązka.

 

 Zmieniały się pory roku, przechodziły w kolejne lata. Andrzej wyrósł na silnego mężczyznę. W polu pracował na równi z innymi, pomagał przy  stawianiu chałup i stodół. Robotny był i prawy. Niejeden  ojciec we wsi umyśliwał sobie, coby swoją dziewuchę za niego wydać. A i panny wodziły za nim oczami. Bo też i było za czym - trzymał się Andrzej prosto, praca w polu i przy stolarce mięśnie wyrzeźbiła, oczyma niebieskimi na świat spoglądał i spod wąsa sumiastego zębami w uśmiechu błyskał.

A chociaż na weselach czy  zabawach każdą do tańca porwał, to jedna mu  ino przed oczami była – Kokotów Marynia. Z nią chciał się żenić, w jej oczy spoglądać każdego ranka i wieczora.

Marynia rówieśnicą mu była i z rodzicami swemi - Marcinem i Józefą, w Gliśnicy mieszkała.

Wieś to była wcale niemała i jak to w Księstwie Poznańskim często bywało, pospołu mieszkali w niej katolicy i ewangelicy. W miarę zgodnie jedni z drugimi żyli, a że się czasem poswarzyli, to i wśród tego samego wyznania ludziska się kłócą.

Pewnego lata, ciągnąc swój wózek z narzędziami, zawędrował do Gliśnicy Paweł Bryliński. Przeszłego już roku, najbogatszy gospodarz we wsi, prosił go,  by krzyż wysoki, pięknie ozdobiony wyrzeźbił. Do kościoła kawałek drogi, a pomodlił by się człek przed takim krzyżem, zanim na pole pójdzie. Przyszedł zatem  majster Bryliński  do wsi i u onego gospodarza  kwaterował.  Krzyż miał być wysoki i  mocny, co by go deszcze i wiatry nie powaliły. W sam raz jednak, jak  po bal trza było jechać, gospodarza choroba  jaka wzięła i zaniemógł. Frasował się okrutnie, co też teraz robić. Darmo majster siedział przecie nie będzie.

- Kaśka! – zawołał do swojej kobiety – A Antek się tam gdzie nie kręci?

- Nie ma go,  do młyna pojechał, bo kasze czas było odebrać.

- A Wojtek, jest? 

- Jego też nie ma, razem pojechali i jeszcze do Kokotów zaszli, bo i oni kasze u młynarza mają. Chyba, żeby im Blewązka wziął, bom widziała, że się tam kręcił. Jeno jemu nie o kaszę, ino o Marynię chodzi.

- To wołaj mi tu Michasia, niech do Kokotów  biega i jak Blewązka jest, niech  prosi, coby przyszedł.

 Mało wiele nie trwało i Andrzej do chałupy zawitał.

- Andrzeju, na drewnie się znacie, boście nie jedną stodołę stawiali. Pojechalibyście   z moim majstrem po bale?

- Co mam nie jechać, pojadę kiedy was zmogło.

- Weźta kilku chłopa do pomocy. Bryliński niech no tam  wybiera, ale wy baczcie coby dobrze wybrał.

Tak i pojechał Andrzej z Brylińskim i kilkoma silnymi chłopami  po bale. Po drodze do składu  Paweł o swoich wędrówkach po wsiach opowiadał. O  ludziach,  którzy krzyże fundowali i  o tym jak drewno trzeba „czuć”, by   narzędziom chciało się poddać. Na składzie wybrali jeden wielki bal  i kilka mniejszych na figury. W powrotnej drodze  Bryliński ino drzewo gładził, a i  przyglądał się balom z każdej strony, jakby już świętych na nich widział. Gdy do wsi dotarli, zaraz kazał  bale do stodoły zanieść i dalej siedział nad nimi.

 Chłopy tymczasem za  zapłatę od gospodarza do karczmy się wybrali. Rozsiedli się na ławach i dalejże jeden przez drugiego rozprawiać. A to o  młynarzu w Odolanowie, co to chyba na mące oszukuje, i mało który teraz do niego zboże woził będzie.

- A o kawalównie słyszeliśta?

- Niby co?

- Ano, ponoć dziedzicowy chłopak  był u kowala, bo mu w czasie przejażdżki ogier podkowę zgubił. Kowal podkuwał, a paniczyk dookoła łaził i na kowalównę się natknął. Teraz, Hanka ino siedzi, oczami przewraca i za paniczykiem wzdycha.

- Oj, wybije kowal Hance paniczyka z głowy!

- Najlepiej coby ją wydał, to by  spokój w chałupie miał.

- A komu on ją odda, dyć gadał, że jej byle komu nie da.

- Słyszałem, że ją wam Andrzeju zachwalał.

- A tam zachwalał, gadał,  tylko, że robotna. Takie tam… Mleka mu akurat  przyniosła, jakem  z karym był. To gadał, że dba o ojca, to i o męża będzie.

- Blewązka, jakby mnie tam z wami nie było, to bym myślał, że i tak było. Alem był i swoje wiem. Kowal wam dziewczynę szykuje.

- A mnie ona nie w głowie.

- Wam Marynia przed oczami, co?

- Ano…Marynia.. – westchnął Andrzej.

- A wiecie, że się tam  Zakrzewskich chłopak przymierza? I jemu się Marynia podoba.

- Franek ?

- Franek, Franek.  O żeniaczce wspominał, jakeśmy studnię u   Jaroszów kopali.

- Oj, Blewązka, posyłajcie no do Kokotów, bo wam dziewczynę wydadzą zanim się ze swatami dogadacie.

Wrócił Blewązka do chałupy, do łóżka się  położył, ale myśl o Franku i Maryni spać mu  nie pozwalała. Rozmyślał, stękał, z boku na bok się przewracał, a sen nie przychodził. W końcu postanowił, że zaraz z rana z Kacprem Jaroszów pogada, co by z nim we czwartek do Kokotów na pytanki poszedł. Tak sobie umyśliwszy spokojnie zasnął.

Nazajutrz oporządziwszy się nieco do Jaroszów Andrzej poszedł  i z  Kacprem się rozmówił. Jarosz był to człek stateczny, lat już sporo żeniaty i wszyscy go poważali. Nie raz też za swata robił, to i Andrzeja pouczył, co i jak trzeba, by go dobrze przyjęli.

Nadszedł wieczór czwartkowy. Wyrychtował się Blewązka jak się patrzy, flaszkę gorzałki za pazuchę schował  i na Jarosza czeka. Gdy się Kacper pokazał zaraz na wóz wsiedli i ku Kokotom pojechali.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powitał domowników Kacper do izby wchodząc, a Andrzej za nim powtórzył.

- Na wieki, wieków, Amen.

- Przyszli my tu, bo to ponoć jałóweczkę ładną macie.

- A mamy, mamy, co mamy nie mieć.

- No i gąskę jaką może macie?.

- I gąskę tyż mamy.

- A dziewucha jaka się znajdzie?

- U dobrego gospodarza i dziewucha się znajdzie.

Tu Andrzej do nóg Kokotom upadł i o Marynię ich prosić zaczął. Miny mieli życzliwe, to i flaszkę na stół postawił kieliszków wołając. Józefa kieliszków przyniosła, Marcin chętnie gorzałkę wychylił, znaczy się przychylni Andrzejowi byli. 

Stary Kokot wcześniej już sprawę przemyślał, a nawet ze swą Józką pogadał, czy by w posagu Maryni tego czarnego byka nie dać, to się może Blewązka szybciej zdecyduje. Robotny Andrzej był, całkiem pstro w głowie nie miał, chociaż młody trochę, bo tego samego roku się z Marynią rodzili. Ale we wsi gadają, że stary kowal swą Hankę mu podsuwa, aż w oczy bije. Jeszcze chłopak na kowalównę chęci nabierze…trza byka dać. 

- To co, dacie  mi Waszą Marynię na żonę?

- Jeśli Pan Bóg pozwoli, to my ci nie przeszkadzamy, a ty  pytaj się Maryni czy cię będzie chciała.

- Marynia, Marynia, a chodźże tu do gości, czego w kącie siedzisz- zawołała Józefa.

Przyszła zatem  Marynia zarumieniona jak malwa i  ze spuszczoną główką do stołu siadła.

Zwrócił Andrzej oczy ku Maryni i z kolan nawet nie wstając pyta:

-  Marynia by mnie na męża chciała?

- Bo ja wiem… -  cicho rzekła Marynia, ale zaraz  wzrok na niego podniosła. I ujrzał Andrzej, że te oczy, które ukochał, blaskiem takim ku niemu biły, że gdyby tylko mógł…..  W ramiona by ją porwał i na kraj świata z nią uciekł, byle tylko szczęście  jej ofiarować.

Z przejęcia wielkiego  nie słyszał już Andrzej nawet, co Kacper z Kokotami prawił. Nie widział bardzo poczęstunku, co go Kokotowa postawiła. Wpatrzony w swą Marynię powtarzał tylko w duszy – Moja ona, moja….  I kieliszek ino  do ust podnosił, gdy go Kacper łokciem w żebra trącał. 

Czas było namówiny kończyć, pożegnał się Kacper z  Maryni rodzicami, Andrzeja mocniej szturchnął, by ten z zapatrzenia się ocknął i z gospodarzami pożegnał.

- A dyć ty całkiem  od siebie jesteś! Gadam ja do ciebie i gadam, a ty ino wzdychasz.  Blewązka!

- No? Co?  Wilki? –Andrzej  zamglonym wzrokiem rozejrzał się dokoła.

- Jakie wilki? Człowieku! Oj przepadłeś, ty chłopie, przepadłeś. Wilków we wsi szukasz… Gorzałki pić zapominasz. - Roześmiał się Kacper tubalnie, aże echo po okolicy poszło.

- A wiesz ty chociaż, że zrękowiny w sobotę będą?

- Zrękowiny.. Wiem… Moja ona już, prawda?

- Twoja, twoja,.

- Już jej innemu nie dadzą?

- Ano, nie dadzą. Gdzie drugiego takiego pajaca znajdą, coby ich córkę na rękach nosił?

Coś tam jeszcze Jarosz dogadywał, ale Andrzej znowu ino o Maryni myślał i nic nie słyszał. Ze śmiechem go Kacper do chałupy  zaprowadził i  do izby wepchnął. Potem jeszcze  domownikom opowiedział jak było, o zrękowinach pogadał i do siebie poszedł.

W piątek pospraszano krewniaków i sąsiadów obu rodzin do Kokotów na sobotę. Andrzej skrzypka nawet umówił, coby gościom przygrywał. Gdy wieczór sobotni  nadszedł gwarno i tłoczno w chałupie Kokotów było. Rodzice młodych razem siedli i gwarzyli.

 Józefa Kokot zachwalała Marynię przed jej przyszłą teściową, że dziewczyna pracowita, darmo w domu nie siedzi, to i w gospodarstwie pomoże, prząść umie pięknie, a i bydlątek dojrzy. Z pustymi rękami im do chałupy nie przyjdzie, bo i kurki dostanie, gęsi, a może nawet i krowę da Marcin do tego byka?

Blewązkowa zapewniała, że Maryni dobrze u nich będzie. Andrzej  do karczmy nie zachodzi i robotny jest. Dobry to syn, to i mężem dobrym będzie, kobiety i dzieci nie ukrzywdzi. I tak jedna przez drugą to zachwalały, to lamentowały jakże sobie poradzą - ta bez córki, co to sprytna taka do roboty, ta z synem, co to teraz pewnie o swoim będzie myślał, a nie o starych rodzicach… Jakoś to się jednak dogadać musiano skoro późnym wieczorem wracali Blewązkowie ze zrękowin do swej chałupy bardzo zadowoleni. Chwiejnym krokiem Kokot ich  do drogi odprowadzał, bo gdy matki dysputy prowadziły, oba ojce wychylili co nieco gorzałki dla przypieczętowania umowy.

- I co  synu, zadowolonyś?

- Ano zadowolonym.

- Posag urodziwy, dziewucha duża – stary Blewązka  mruczał pod nosem, bo już nie tylko nogi mu się plątały, ale i język.

- Dziewucha duża, nie, nie tak… posag urodziwy.. e!- Machnął w końcu ręką i z determinacją wykrzyczał w noc:- Wesele będzie! 

Blewązkowa pod rękę męża złapała i dalejże uciszać.

-  Będzie, będzie, ale jutro się o tym ludzie mogą dowiedzieć, nie  trza wsi budzić. Trzymaj syńciu ojca, bo go całkiem zmogło! Jutro do księdza pójdziemy na zapowiedzi dać, gości się potem posprasza, a teraz cicho.

-Ta..cicho, cicho…idziemy spać. Idziemy… Ale wesele będzie!

Zaraz też do swej chałupy doszli i Blewązkowa pospołu z Andrzejem małżonka prosto do łóżka wpakowała, buty mu ino ściągając.

Pospali się Blewązkowie zaraz, ino Andrzej znowu  rozmyślał miast spać. Chustkę, co ją od Maryni, jako uczuć zadatek dostał, pod poduchę włożył, ale co i rusz wyciągał i gładził. Przed oczyma mu Marynia stała, a to  jak się śmiała do niego w tańcu, to jak spoglądała na niego, gdy jej  datek dawał, a ona mu tę to chustkę.  Zmógł go śpik w końcu, ale niewiele pospał, bo  słońce zaraz  w okna zajrzało i wstawać było trzeba.  Zwierzynę czas  nakarmić, strawy naszykować, no i  do kościoła się szykować,  to i ruch się w chałupie zrobił.

Do kościoła co w Odolanowie był,  co bogatsi wozem jechali, biedniejsi wędrowali piechty. Jak, który gospodarz  dobre serce miał i miejsce na wozie, to i  po drodze zabrał parę starszych, coby nóg nie męczyli.

W tę niedzielę zabrali  Blewązkowie na wóz kobietę  Kudłatego Stacha. Bieda tam u nich aż piszczała, dziecisk rodziło się mrowie, ale też i z biedy  rychło umierały. Stachowa szła do kościoła z najmłodszą dziewusią, a że lada dzień kolejnego  dzieciątka się spodziewała, to i wolno szła. Czasu jeszcze sporo było, ale przed nią kawał drogi, tak i wzięli ją Blewązkowie ze sobą.

- Bóg wam zapłać gospodarzu, za wasze serce.

- A co tam u was Stachowa?

- Ano, żyjem jakoś, gospodarzu.

- Chłop doma?

- A gdzieżby tam. Jak trzy dni temu za robotą poszedł, tak i go nie widać.

- To może co zarobi, to wam lżej będzie.

- Może i zarobi…- przytaknęła Stachowa,  w głębi duszy powątpiewając w mężowski zarobek. A jak nawet robotę mu kto da, to pewno i tak w karczmie  zapłatę  przetraci.

Mała tymczasem wielkimi oczyma to na Andrzeja, to na konia spoglądała. Andrzej sprawnie wóz prowadził, bata nawet używać nie musiał, tak się go kary słuchał.

- Jechałaś ty wozem kiedy? - spytał Stachowej córki.

Dziecko główką pokręciło, i dalej  jak zaczarowane  patrzyło.

- Ona nie gada. Ale zdrowo się chowa, to może chociaż ona mi dorośnie. Tylko, kto taką będzie chciał na żonę? A może i dobrze, wyręką na stare lata nam będzie.

- Gadacie to Stachowa, małe to jeszcze, może i gadać z czasem zacznie.

- Trzy roki jej już, insze dzieciaki, to dawno gadają, a ta nic. Ino tymi oczyskami błyska.

- Ładna panna z niej wyrośnie, obaczycie. Za parę wiosen wy Stachowa będziecie do kościoła na zapowiedzi  dawać.

-  A jak  to na nią wołacie?

- Magdula my jej na chrzcie dali, bo się nam  przed św. Magdaleną porodziła.

I tak gadając to o tym, to owym zajechali do Odolanowa przed kościół św. Marcina. Jasna bryła kościoła lśniła w słońcu, czerwieniły się dachówki. Niewiele jeszcze ludzi do kościoła wchodziło, bo czasu jeszcze nieco było.

- Stachowa – zawołał stary Blewązka za oddalająca się kobieciną -  A po mszy do naszego wozu przyjdźta, to się z nami  do domu wrócicie.

- Bóg zapłać, Blewązka, Bóg Ci  zapłać.

Blewązkowie z Kokotami prosto do zakrystii poszli, by na zapowiedzi dać.  Jako należytość  z sakiewki nieco gorsza ubyło, a i gęś dorodna w koszyku czekała. Ksiądz proboszcz ni datkiem ni gęsią nie wzgardził i co trzeba na papierze spisał. A jeszcze przypomniał, coby dzień przed ożenkiem młodzi do Sakramentu pokuty i Komunii świętej przystąpili.

I tak siedział potem Andrzej ze struchlałym sercem na mszy, czekając czy też już dziś ksiądz zapowiedzi przeczyta.  Obok niego siedziała Marynia z rodzicami, bo to oficjalnie przecie już narzeczonymi byli.

Po nabożeństwie  przed kościołem gwar się zrobił,  każden chciał pogadać,  co tam nowego się dowiedzieć. Kowal wyszedł z kościoła wielce niezadowolony. Jeszcze się jego kobieta przeżegnać nie zdążyła, a ten już na wozie siedział i żonę z córką poganiał. Ledwo na wóz wlazły z kopyta ruszył, mało głupiego Kazia, co to się koło kościoła kręcił stale, nie tratując. Po chwili wozu już widać nie było, ino tuman kurzu na drodze wirował.

- Oj zeźlił się kowal, zeźlił.. – Chodził Kazio i powtarzał ludziom, czy kto chciał czy nie chciał słuchać. – Mruczał, co lepszego znajdzie dla Hanki. Biedny konik, biedny… pewnie baty dostanie….

Kokotom spieszno było ruszać, bo do krewniaków Józefy ich proszono, tak i pojechali zaraz. Blewązkowie chwilę jeszcze pogadali ze znajomkami z okolicy, na Andrzeja czekając. A gdy ten wrócił, Stachową na wóz zapakowali i w drogę ruszyli. Andrzej Magdulę obok siebie posadził i tutkę karmelków jej w garść wcisnął, co to je w karczmie przed chwilą był kupił, jak szedł się o gorzałkę wywiedzieć.  Mała cukierka do buzi włożyła, a oczy jej jeszcze większe niż zwykle się zrobiły, gdy słodycz poczuła. Zaraz jednak główka jej się kiwać zaczęła, aż ją  o Andrzeja oparła i  usnęła znużona długą  mszą i kołyszącym ruchem wozu.

Zawieźli Blewązkowie Stachową pod samą chałupę, Andrzej dziecko do izby zaniósł, a wychodząc wcisnął kobiecie groszy parę.

- To dla małej, bo mi do serca przypadła. Kupcie jej  co ładnego, bo ją na moje wesele potrzebował będę.

- Ale, jakże to? Jakże ja wam oddam, kiedy nie wiem, z  czym Stach wróci.

- To nie na oddanie, to zapłata, że małą  do witania pożyczycie. Zostańcie z Bogiem!

- Z Bogiem… z Bogiem…

Siadła Stachowa  wedle pieca i na pieniądze spogląda. –  Schować je gdzie muszę – myśli -  coby Stach nie  widział. Magduli zostawię, jeszcze jej się kiedy  przydadzą. A sukieneczkę jej  sama uszyję, z tego modrego płótna, com je w wianie dostała.

 Mało płótna  już we skrzyni zostało, bo  każdemu dzieciątku co to je do grobu chowała, odkrawała po trochu i w nie je zawijała. Podniosła się ciężko, karmelki na miseczkę wysypała, a w tutkę schowała pieniądze.  Rozejrzała się bezradnie po izbie, sprzętów niewiele, gdzie Magdziny skarb schować?  Na obrazek święty spojrzała – Pomóż Panienko Najświętsza… I za obrazek  zawiniątko wcisnęła. Tam Stach szukał nie będzie.

Dzień za dniem mijał. U Kokotów Marynia z matką skrzynię posażną przeglądała, przeliczała płótna, lniane prześcieradła i ręczniki. Sukno do sań podbite baranim kożuszkiem trza wywietrzyć i pierzynę. Jeszcze trzewiki wysoko sznurowane w skrzyni były i te korale czerwone  po babce, talerze białe i filiżanki w  ciepłe chusty wełniane pozawijane, a i jeszcze koszul parę i kożuszek na dni zimowe. Wszystko ze skrzyni powyjmowały, gałązki lawendy czas zastąpić świeższymi, to zapach dłużej się utrzyma, a i szkodnik jaki nie wejdzie. 

Andrzej  miedzy kolejnymi zapowiedziami do Odolanowa na rynek się wybrał. Chciał swej lubej,  jak zwyczaj każe, trzewiki kupić i  pończochy. W zamian od niej koszulę białą  dostanie. A jeszcze gorzałki, piwa i wina trza zamówić i  z grajkami się ugadać. No iBryliński prosił, żeby mu  pędzli jakich kupił, bo mu  kot jego pędzle na strzępki poszarpał. Jak do malowania świętych przyjdzie, to zamiast oczu  plamy by ino były i figura do niczego. Chodził zatem od  wozu do wozu, od straganu do straganu, tu wstążki kupił modrej i czerwonej, tu paciorków szklanych, potem  do szewca po trzewiki wstąpił i do golibrody co też pędzle robił. A jeszcze bułki słodkiej dla Magduli wziął, bo wracając do Stachowej miał zajrzeć. Kokotowa kazała prosić, by Stachowa chałupy doglądnęła   i  pomocników, gdy goście w karczmie bawić się będą.

Tak i wracając ze sprawunkami, zajechał Andrzej przed Kudłatego chałupę. Magdula koło pieńka do drew rąbania siedziała ipatyczkami bawiła. Jak tylko  gościa zobaczyła do matki poleciała i dalejże ją za fartuch ciągnąć. Wyszła tedy Stachowa za dzieckiem, myśląc, że może stary do dom wraca.  A tu Blewązka przy płocie z podarkiem dla małej czekał. I jeszcze na pomoc do wesela prosił. Uradowała się Magdula z bułki i wstążki modrej, ucieszyła Stachowa, że tak ważna rola  jej na weselu przypadła.

-Siednijcie se Andrzeju, to wam chleba z chałupy przyniesę i mleka.  Pewnieście głodni.

- Bóg zapłać Stachowa, ale w drogę mi czas, bo ławy dziś jeszcze zbijać mamy, coby goście gdzie siedzieć mieli. I pędzle Brylińskiemu obiecałem. Kokot po was wóz przyśle  w sobotę wieczór. Miejsca u nich sporo, to prześpicie się tam z Magdulą, coby rano Józefie może w czym pomóc. Zostańcie z Bogiem.

- Z Panem Bogiem.

Pożegnał się Andrzej i do Brylińskiego pospieszył. Robota się Pawłowi w rękach paliła, figura Chrystusa gotowa w stodole na stryszku leżała, a przed stodołą rzeźbiarz postać Najświętszej Panienki kończył. Bardzo chciał, by na żniwa  krzyż już we wsi  stał.

 

Przyszła ślubna niedziela.  Zaraz z rana goście się do domu młodej poschodzili, a każdy coś w darze matce weselnej niesie.  Wojtaszkowa kury, a Wojtaszek gęś trzyma.  Placków słodkich  Maciejewska upiekła, a  Krzywego  Klemensa kobieta z dzieciskami bochny chleba niosą. Tam ktoś masło przyniósł, inny jeszcze kapusty. Nie zbrakło też grochu, kaszy,  sera. Przecie z pustymi rękami na wesele nie godzi się  przyjść.

Panny weselne - Julka, Agata, Rozalka i Zośka,  z wieńcami na głowach, we wstążki barwne i kwiaty strojne, kawalerów wyglądają. Wieczora wczorajszego młodzianowie chustki ze wstążkami  od nich przyjęli, to i teraz każdy ze swą panną bawić się i tańcować zobowiazan.  Cisną się do okienka, co raz która  przed chałupę  wybiega, niby to za młodym patrzeć.  Marynia  ino spokojnie na ławie siedzi.  Rumieńce policzki barwią, oczy błyszczą. Ślicznie jej  w tym wieńcu  zielonym  wstążkami białymi przybranym. Stachowa niedaleko       w kątku siadła, na Marynię spogląda i myśli sobie, że i ona kiedyś taka śliczna była. A teraz, ech… zgryzota i bieda ino.

- A czego to Stachowa tak wzdycha? – To  swachna Maryni -  Walentego Rychlika kobieta,  na ławie przysiadła.

- Ach, niczego, niczego. Tak patrze ino na Marynię i swoje  śluby wspominam.

- Miło wspominać, miło… I my młodeśmy były…

Naraz gwar się zrobił przy okienku jeszcze większy, bo  panny muzykę usłyszały.

- Słychać! Skrzypeczki już słychać! Jadą!

Tak i zajechali kawalerowie i drużba  z młodym panem i muzyką. Gwarnie do  izby weszli, każden usiadł gdzie miejsce jakie, ale tak coby panny wybranej z oczu nie zgubić. A i dziewczęta za chłopcami zerkają. Błażej prosty jak topola, Szczepan jak świerk wysoki,Piotr i Antek jak dwa dąbczaki silne. Kawalerowie urodziwi, niczym drzewa w lesie czarownym jakim.

Wszyscy już się zeszli  czas śniadanie stawiać. Wśród gwaru  śmiechów i żartów się posilili, a już  Kacper stoi i oracyje wygłasza, bo to czas  młodym rodziców o błogosławieństwo prosić.

- Panie młody, panno młoda

proś ojca i matki o błogosławieństwo.

Bo jak ci go  ojciec z matką nie  da

To ci go i Bóg nie da.

A my tu wszyscy cośmy się zgromadzili

Gdy na drogę wejdziemy,

to za wami westchniemy.

Gdy do kościoła wejdziemy

na kolana klękniemy.

Tam oddasz wianek Matce Boskiej w ręce,

Ona się przyczyni za wami do Boga

o błogosławieństwo święte.

A my wszyscy pójdziem na ofiarę wkoło.

kapelmajstry zagrajcież nam tu wesoło!

 

 Zagrała muzyka, padli młodzi przed rodzicami na kolana, łzy kobietom w oczach zabłysły, gdy błogosławieństwa słuchały. Niejedna swoje śluby wspominała i wzdychała ciężko, ale i niejedna szczęśliwym wzrokiem ku mężowskiej twarzy biegła i takież samo spojrzenie ku sobie widziała. Pokropiła Kokotowa wodą święconą Marynię z Andrzejem, pokropiła i gości zgromadzonych. Strzelili woźnice z bata, czas do kościoła ruszać.

Cztery konie przy wozie Marynię z pannami weselnymi i swachną powiozą, a i skrzypek na przedzie zasiądzie.  Młodzianie na konie wskakują, w tym i pan młody, na tę  klacz siwą bez siodła. Reszta gości na wozy posiadała i tak ruszyli z muzyką i śpiewem do Odolanowa.  Andrzej z lewej strony panieńskiego wozu się trzyma, co i rusz na Marynię spogląda, a oczy mu się cieszą, a  zęby w uśmiechu błyskają. Chciałby już w ramiona ją chwycić, te oczy czarowne całować, do serca mocno przytulić… a tu czekać trza jeszcze…

A tu nagle przyjaciele drogę mu zajeżdżają.  Pietrek klaczkę siwą  od woza odgania, Antek na miejsce Andrzeja się wciska. Wołają panny na wozie,  że  Maryni nie oddadzą.

- Jeszcze jej nie trza wydawać -  woła Zosia.

- Razem w tańce iść chcemy – wtóruje jej  Julka.

- Tedy jadę, jak mnie nie chce! – Woła Andrzej ze śmiechem i  odjeżdża  wprzód woza.

Śmiech z wozów z gośćmi się niesie. Drużba na koń wskakuje i po młodego jedzie. Swachna niby to  Marynię pociesza, że lepiej jej u matki będzie.

- Nie będziesz ty się chłopskich sądów słuchała. Pod pierzynką puchową sobie poleżysz, a wieczorem  na tańce z pannami pójdziesz. Na cóż to ci chłop. Jak cię nie chce, niech jedzie!

- Kiedy on mój, a jam jego – zawodzi Marynia, a  buzia jej się śmieje do Andrzeja, któren się właśnie do woza wrócił i teraz już nie odstąpi. 

A tu już koniec drogi, już zeskakują z koni, z wozów się gramolą, do chłodnego  wnętrza kościoła wchodzą.

Zaraz też msza się zaczęła, ksiądz proboszcz kazanie wygłosił. Czas teraz młodym przed ołtarzem przyklęknąć i do ślubu przystąpić. Położył im ksiądz wianeczki rozmarynowe na głowach. Serce się Maryni w piersi zatrzepotało, zwilgotniały ręce Andrzejowi, gdy przysięgi sobie wzajem składali.

Szczęśliwi z kościoła wychodzą, dusza w nich śpiewa: Na wieki mój.  Już zawżdy moja.

 Wsiadają  goście na wozy,  dosiada młodzież koni, czas do karczmy ruszać. Jedzie orszak kolorowy, furkoczą wstążki w pędzie. Muzyka i śpiew w dal się niesie, aż  ptaki umilkły ludzkiego głosu słuchając. A tu nagle zatrzymują się woźnice  i biadolić  zaczynają.

- Biczyska nam się połamały…

- Jechać dalej nie da rady…

- A  tu sakiewki puste, bośmy kapelusze nowe na wesele kupili.

- Oj, nie słucha konik bez bata, nie słucha…

I tak chodzą od gościa do gościa w kapelusze datki zbierając, a biadoląc okrutnie nad losem. Uzbierali, na wozy wsiedli,  dalej orszak ku karczmie ruszył.

W karczmie  muzykanty żwawo zagrali, ruszyły pary do tańca. Chwycił Andrzej Marynię wpół i dalejże wirować dokoła, młodzianowie panny weselne złapali i dalejże kręcić nimi.  Łopoczą wstążki,  lecą kapelusze, stukają obcasy,  dalejże, ha!

- Grajże Jaśku, a skocznie, w mogile se odpoczniem! Graj!

Po godzinie tańcowania, czas do domu młodej pani ruszać. A tam już Kokotowa przed chałupą czeka, chleb trzyma i kądziel, a mała Magdula obok stoi.

- Maryniu, moja Maryniu, co  ci to będzie potrzeba?

-A dyć matulu wszystko wezmę. – I z rąk matki chleb bierze, kraje go i dzieciskom rozdaje. Potem bierze kądziel, na ławeczce przed chałupą siada i chwilkę małą przędzie. W końcu Magdulę w sukieneczkę modrą  obleczoną do serca przytula i mówi:

– Wszystko mi się zda -  i chleb, i kądziel, i dzieciątko.

Andrzeja teraz kolej. Już mu Kacper cep  podaje, ten nim parę razy machnął i za chałupę odrzucił.

Teraz dopiero do domu młodych wpuszczają. A tu stoły i ławki naszykowane. Siadają młodzi państwo razem,  a panny przed nimi. Drużby  jadło roznoszą i na stoły stawiają, aże im przyśpiewkami dokuczają, tak i też im  śpiewem odpowiadają. Czerniny przynieśli z kaszą i rosołu wołowego z białym grochem. Potem kapusty kwaśnej do mięsiwa różnego i jagły na twardo gotowane. Chleb, ser i masło na stołach leżą, piwa i wina na zawołanie drużba  nalewa.

Gdy se wszyscy pojedli, popili, tak w tany  poszli. Złapał  Szczepan Zośkę,  Błażej z Julką  wywija, wiruje Agata z Antkiem i Pietrek z Rozalką.  Wojtaszek ze swą kobitą zelówki zdziera, furkocze spódnica  Grzegorzowej, gdy ją mąż w tańcu okręca.  Teraz drużba z młodą panią  wiruje, a Andrzej ze sawchną kręci. Wtem mu Magdula mała  w tańcu mignęła. Szuka wzrokiem. Jest!  Kulawy Franciszek w miejscu przytupuje, a Magdula dookoła niego skacze. Obok Stachowa za brzuch się trzyma i w głos śmieje -  To ci para wesoła! Tańcują młodzi i starzy w chałupie, tańcują dzieci  na podwórzu. Gra kapela żwawo, skocznie, głośno, z przytupem! Roztańcowała się cała wieś. Niesie się muzyka po okolicy, wtórują jej śpiewy i śmiechy. Jeden z drugim  wyjdą czasem  z chałupy na chwilę, odetchną nieco i dalejże  na tańce wracać. Trza się radować póki temu pora!

Noc cicha przed wsią przysiadła  i dziwi się, czemuż to ludziska w chałupach nie siedzą. Wypatrzyła za stodołą chłopaka z dziewczyną i  mrokiem  gęstym ich otuliła. Popatrzyła  w okna rozświetlone, na twarze rozradowane. Zapatrzyła się we wstążki kolorowe, we włosy w tańcu się  rozsypujące, w ręce co je szybko  uchwycić i posplatać  chciały. Zasłuchała się w śmiechy perliste, w śmiechy tubalne i w te skrzekliwe już nieco. Wsłuchała się w  pieśni skrzypeczek, co serce radowały. A potem zobaczyła w kąciku kobiecinę z dziewusią śliczną śpiącą jej na rękach i westchnęła lekko. Jakby z żalu jakiego, z tęsknoty?  A ludzie gadali, że  wietrzyk skądś powiał. Odeszła noc cicho jak przyszła. Przybladły gwiazdy na niebie. Umilkły skrzypeczki radosne.  Rozeszli się ludzie po wsi – czas spocząć na chwilę.

 

Po krótkiej nocy  znowu  zeszli się wszyscy goście na dalsze świętowanie. Gospodynie z koszami jadła prosto  do  komory wchodzą, a jedna przed drugą chce się bogactwem pochwalić, to i pełne te kosze, oj pełne.  A tu już  w izbie kawa czeka, placki i chleb na stole. Drużba piwem gości częstuje, już też  muzykanty granie zaczynają. I znów wirują warkocze i wstążki kolorowe, furkoczą spódnice, stukają obcasy. Śmiech i śpiew dookoła się niesie.

Nieopodal wejścia rozsiadł się stary Stefan. Fajeczkę sobie pyka, na młodych spogląda, a nogą do taktu se postukuje.  Pewnie i potańczyłby jeszcze, gdyby nie te krzyże co go od zimy bolą. Właśnie sąsiad się do niego przysiadł i też na młodzież spogląda.

- Patrzcie no Stefanie, jak ten wasz Błażek z Julką wywija. Coś mi się widzi, że i wam weselisko się niedługo nadarzy .

- Ano wywija, wywija. Panna ładna, zgrabna, to i chęci do tańca są. Sam bym potańcował, ale lata już nie te. A waszej Agacie weselisko się nie śni? Nie wzdycha tam ona do którego?

- Oj wzdycha i  oczyskami wodzi, ale młoda jeszcze. Niech ta jeszcze w chałupie posiedzi, matce pomoże.  Przyszłego roku będzie można pomyśleć, może się jaki robotny  chłopak trafi.

- A cóż to chłopy tak siedzicie? – Wojciecha kobieta, Tekla obok na ławie przysiadła. – Co tam stary, siły cię już opuściły?

- Odsapłem se nieco, boś mnie wykończyła tymi poleczkami.

- Jakeś odsapnął, to idziem dalej tańcować. Nie co dzień się człowiek  pobawi. – Tu pod rękaw męża chwyciła i na środek izby ku tańczącym powiodła.

Długo jednak Stefan sam nie siedział, bo Rychlik się przysiadł, tańcowaniem i gorzałką umęczony. Zaraz też w dyskusje jakieś się wdali.

    Tymczasem na tańcach, przyśpiewkach, pogaduchach czas szybko  mijał. Ledwie dzień się zaczął, a tu już ściemniać się zaczyna. Obiadu pora. Zasiedli tedy jak wczoraj- młodzi pośrodku, a druchny dookoła. Kacper miski z mięsiwem nosi, a co rusz  woła coby mu z drogi się usunięto:

-Proszę na ustęp, poleję, obleję

broń Boże się obalenia,

smatów poplamienia!

Radzi goście obiadowi, wytańcowani, to i z apetytem pojadają. Wtem kulawy Franciszek u stołu stanął, gałązkę zieloną w czuprynę wplątał.  Pod boki jak panna się chwycił i cienkim głosem zaśpiewał:

- Wczoraj rosół, dzisiaj rosół,

jak nie ma być człowiek wesół.

Wczoraj jagły, dzisiaj jagły,

jak nie ma być człowiek ładny!

 

A że urodziwy Franio  nie był, tak i śmiechy gruchnęły wkoło. Franiowa kobieta aże się spłakała ze śmiechu, jak  jej  ślubny tańcować niby panna zaczął. Zaraz też do niego drużba doskoczył i dalejże  obcasami stukać, a zachwalać, jaką to pannę piękną znalazł. I zaś tańcowanie na nowo.

W końcu Rychlikowa, jako swachna z dwiema jeszcze mężatkami  wianek na talerz położyły i do młodego z przyśpiewką idą:

- Młoda panna na czepeczek prosi,

nie chciała we wianeczku chodzić,

kazała se czepeczek robić,

bo go rada będzie nosić.

Rzucił Andrzej dla żartu  grosza na talerz, a one mu ze śmiechem na to:  - Oj Andrzeju, a toście dziada kościelnego obłupili?

Rzucił Andrzej złotego, a one mu: To na nitkę,  to na nitkę! Wtedy Marynia wstała i słodkim swym głosikiem zaśpiewała:

Mój wianeczku pozłacany,

Talarkami obsypany.

Talarkami obsypany

Mój wianeczku, mój kochany!

Rzucił tedy Andrzej na wianeczek  wszystko co w kieszeniach miał, a mężatki z wianeczkiem każdego gościa obeszły, to żartem, to przyśpiewką, to pochlebstwem  do  datków  zachęcając. Potem Marynię  panny  porwały, między sobą ustawiły i  tańcząc w kole śpiewają, że jej za mąż nie dadzą, że czas jeszcze jej się bawić, a nie dzieci niańczyć.  Na to mężatki  odpowiadają, że  już jej czas wianeczek zdjąć i  do kądzieli siąść. Wśród śmiechu i hałasu, przepychania i tańcowania Rychlikowa Marynię do komory poprowadziła.Zaszkliły się oczy matce, gdy jej córkę do komory wiedli. Kokot  po ręce  ino swą Józefę  poklepywał, bo głos mu w gardle uwiązł. Też mu jakoś ckliwie się zrobiło.  Dyć niedawno jeszcze biegała Marynia do niego z prośbą coby jej pieska z drewienka wystrugał. A teraz… Czas mija, da Bóg będzie wnukom pieski strugał.

Mało wiele trwało wyszły z komory trzy niewiasty, a jedna w druga tak samo odziane, a lica chustkami zasłonięte, że nie wiedzieć co za jedne. Dalejże  młodego pana zaczepiać, a przymilać się, a za rękaw ciągnąć i na figle namawiać. A jedna przez drugą za pannę młodą się podając.

- Mój ty miły  Jędrusiu, jam twoja, a chodźże stąd ze mną.

- Nie, nie Jędrzeju,  to jam twa Marynia, mnie tyś przeznaczony.

- Mądry Andrzej  żonkę pozna swoją i ze mną pójdzie!

Młody pan ze śmiechem przed niewiastami ucieka, za chłopów się chowa, i co rusz  którego  ku niewiastom przebranym wypycha.

- Ja nie Jędrzej, tego sobie weźcie, on pan młody. – Bo też gdy Marynia w komorze zniknęła, to i Andrzej się gdzieś „zapodział”, a za młodego Jaśka muzykanta przebrano. Poszły zatem baby do komory, by młodą przyprowadzić. Wyszły raz kolejny, przystrojone w czepki, fartuchy i kubraki. Znowu jednak młody pan żadnej z nich nie chce, w oczy nie zagląda, do tańca nie porywa, a chowa się ino przed nimi.

W końcu za trzecim razem prawdziwy pan młody się znalazł i z miejsca wśród  niewiast swą Marynię poznał. Już bez wstążek i wianka, za to w czepeczku haftowanym poszła Marynia do niego, z rumieńcami na licach. Zaraz też do tańca Andrzej z nią ruszył, ani nie czekając by swachna pytała czy ta młoda jest jego.

 Wszyscy potem w tany na nowo ruszyli. Stary Stefan ze Stachową tańcował, nie tak żwawo jak inni, bo on ukrzywiony, a ona z dzieciątkiem pod sercem, ale tańcowali. Mała Magdula z kulawym Franiem skakała, ściskał w obrotach swą Józię Mateusz Kokot,  a Andrzeja ojciec z matulą jego tańcował,  piszczała z uciechy Wojtaszkowa,  zdzierały zelówki panny weselne. Znowu niosła się po wsi muzyka i śpiew i śmiech. Bawili się ludziska do  białego rana, by się wytańcować, wyradować, bo kto wie, co dzień jutrzejszy przyniesie…A  rankiem, gdy czas był się rozejść, dziękowano sobie wzajemnie-  za podarki, za oczepiny,  za poczęstunek, za muzykę i błogosławiono młodej parze na przyszłe życie – „Niech Wam Pan Bóg dopomoże”…

  

Małgorzata Blewąska-Żywicka

 

 ornaments vector